Search

Adam Jabłoński ACMA, CGMA

Członek CIMA od lipca 2017 roku

Moja droga do CGMA

Edukację zaczynałem jeszcze w poprzednim stuleciu. Tak jak wiele młodych osób, nie wiedziałem, co naprawdę mnie interesuje, gdzie chciałbym się realizować. Tata był ekonomistą, mama – księgową, ale w tym czasie etos pracy inżyniera wydawał się bardziej interesujący. Stąd też wybór Politechniki Warszawskiej i dość wymagającego wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych. Który z chłopców nie chciałby zostać konstruktorem samochodów? Rzeczywistość okazała się jednak dość brutalna i uzyskanie dyplomu nie gwarantowało możliwości spełnienia marzeń.

Wtedy narodził się drugi pomysł na życie – handel zagraniczny w Szkole Głównej Handlowej – kultowy wydział, który oferował w czasach PRL-u perspektywę kontaktu z zachodnim biznesem i wyjazdy - niedostępne dla przeciętnego zjadacza chleba. Tam nauczyłem się biegle władać językiem angielskim, który potem okazał się kluczowy dla mojej dalszej kariery zawodowej, ale także umożliwił uzyskanie tytułu CGMA.

Ale w 1990 r. nastąpiła wielka zmiana i wszyscy obudziliśmy się w nowej rzeczywistości – wolni, ale w perspektywie kariery zawodowej skazani wyłącznie na siebie. To było bardzo bolesne – nikt nie przygotował naszego pokolenia na to, że rynek potrafi być tak bezwzględny. Był to czas, gdy osoby z inwencją (niekoniecznie z adekwatnym wykształceniem), które rozstawiały na chodnikach łóżka polowe z towarem sprowadzonym z Niemiec, osiągały nieporównywalnie lepsze efekty niż wyrobnicy z państwowych firm.

Ale szczęście uśmiechnęło się również do mnie. I tu warto podkreślić – wykształcenie jednak procentuje. Trafiłem do polonijno-zagranicznej firmy Comindex (kto ją jeszcze pamięta?), gdzie zacząłem moja przygodę z rachunkowością zarządczą, sporządzając biznesplany według modelu UNIDO w samodzielnie zaprojektowanych arkuszach Excel pod Windows 3.11.

Wtedy pojawiła się propozycja objęcia stanowiska CFO we wchodzącej właśnie na polski rynek zachodniej firmie kosmetycznej Wella Cosmetics – ale przestraszyłem się zakresu obowiązków, odpowiedzialności i nie skorzystałem z oferty. Czy słusznie? Gdybym wtedy miał wsparcie profesjonalnej wiedzy CIMA, zapewne byłoby łatwiej.

Następnym krokiem w profesjonalnym rozwoju była praca jako biznes kontroler w dużej korporacji FMCG – Reckitt Benckiser. Tam poznałem podwaliny współczesnej rachunkowości zarządczej i mogłem wprowadzać je w życie.

Kolega z firmy uzyskał kwalifikację ACCA. Robiło to wrażenie – ale dla mnie profil certyfikatu był zbyt ukierunkowany na obszar rachunkowości finansowej. Odczuwałem wciąż potrzebę dalszego rozwoju, więc zdecydowałem się na MBA.

Na efekty MBA nie trzeba było długo czekać – otrzymałem propozycję pracy jako CFO w międzynarodowej grupie produkującej wyposażenie łazienek Sanitec Koło.

Kiedy obejmowałem stanowisko o tak szerokim zakresie odpowiedzialności, zauważyłem luki w profesjonalnym wykształceniu. Zacząłem się zastanawiać, jak poradzić sobie z tym problemem, i wtedy po raz pierwszy poznałem organizację CIMA. Muszę przyznać, że zakres tematów od razu bardzo przypadł mi do gustu.

Niestety spocząłem na laurach, bo wyszedłem z założenia, że to podwładni powinni się kształcić. Dodatkowo – a tak przynajmniej sobie wtedy tłumaczyłem – bieżące sprawy pochłaniały całą energię i brak było czasu na doskonalenie.

Po kilku latach poczułem się na tyle kompetentny, że zdecydowałem się na rozpoczęcie własnej działalności w obszarze consultingu. Ale w trakcie realizacji kolejnych zleceń pojawiło się przekonanie, że do pełnego profesjonalizmu nadal czegoś mi brakuje. I w tym momencie pojawiła się myśl – wróć do CIMA!

Skorzystałem ze ścieżki Gateway – oceniam to rozwiązanie jako idealne dla ludzi posiadających już pewną wiedzę i duże doświadczenie zawodowe. Muszę przyznać, że po zapisaniu się na egzamin Gateway i zgromadzeniu wszystkich materiałów ogarnęło mnie lekkie zwątpienie – książki do E2, F2 i P2 wraz z materiałami pomocniczymi ułożone jedna na drugiej miały razem prawie pół metra wysokości! Kiedy ja to wszystko opanuję? – kołatało mi się w głowie, a rodzina i znajomi patrzyli z politowaniem – „No chyba zgłupiał na starość”.

A jednak się udało, chociaż muszę przyznać, że pierwsze podejście do Gateway oblałem. Zabrakło mi tylko – a może aż – 5 punktów! Jednak proces nauki w CIMA dodał mi pewności siebie i – co bardzo ważne w codziennej pracy – zwiększył poczucie własnej wartości.

Egzaminy zmuszają do przypomnienia i aktualizacji wiedzy. Praktyczne aspekty egzaminu case study, a nawet praktyczne pytania z testów obiektywnych zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie i zmusiły do kreatywnego myślenia.

Element praktyczności zadań podobał mi się zresztą najbardziej – aktywizuje abstrakcyjne myślenie, analizę faktów z różnych perspektyw (na przykład z punktu widzenia interesariuszy) i odwołanie do wiedzy teoretycznej. I nie jest tak, jak w prostym zadaniu matematycznym, że występuje tylko jedno poprawne rozwiązanie.

Do każdego z dwóch case studies siadałem jak do pasjonującej lektury thrillera osadzonego w realiach ekonomicznych. Analizowałem scenariusze i możliwy przebieg zdarzeń oraz układałem plany działania jeszcze na długo przed terminem egzaminu. Czytałem o branży, otoczeniu biznesowym, konkurencji. Te analizy oceniam jako bardzo przydane ze względu na poszerzanie wiedzy praktycznej, ale również ze względu na odkrywanie coraz to nowych sposobów na szybkie i skuteczne docieranie do istotnych informacji.

Moja opowieść nie byłaby kompletna, gdybym nie wspomniał o presji czasu. Popularne dzisiaj stwierdzenie „mamy dzisiaj zbyt wiele możliwości, a zbyt mało czasu” jest tutaj bardzo adekwatne. Trzeba z związku z tym nauczyć się efektywnego zarządzania czasem. I nie jest to frazes. Podczas egzaminów CIMA weryfikacja efektywności przychodzi natychmiast – czas na rozwiązanie zadnia mija. Złapałem się nawet na tym, że w drodze na egzaminy CIMA przestawiałem się na myślenie w języku angielskim, co dla „nie-nativów” nie musi być takie oczywiste.

Nie mniej ciekawym i bardzo przydatnym doświadczeniem było sporządzenie opisu osiągnięć zawodowych (PER – practical experience requirements) wymaganych w procesie kwalifikacji. Zajęło mi to kilka dni i zakończyło się materiałem na 26 stron, co może nie kwalifikuje się jako beletrystyka, ale na pewno jako porządny reportaż. I muszę przyznać, że po końcowym sczytaniu tekstu spojrzałem na siebie nieco innym wzrokiem. Nigdy wcześniej nie podsumowywałem swojej kariery w taki sposób – warto coś takiego zrobić. Zyskałem dzięki temu szerszą perspektywę, a dodatkowo na bazie wiedzy zdobytej w trakcie nauki w CIMA w naturalny sposób przychodziły mi do głowy refleksje: co mogłem zrobić inaczej, lepiej?

Co dała mi CIMA:

  1. podniosła poczucie własnej wartości;
  2. pozwoliła odnaleźć się w dynamicznym (a często wręcz chaotycznym) otoczeniu biznesowym – a przez to poczuć się bezpieczniej;
  3. wskazała aktualne (i stale aktualizowane) źródła wiedzy i dała narzędzia do dalszego doskonalenia;
  4. pozwoliła poczuć się częścią globalnej społeczności profesjonalistów.

I dlatego, według mnie, warto przynależeć do CIMA!